Dymy zbierały się nad puszczą Alansoi, cisza stawała się nie do zniesienia. Nagle zatrzepotały skrzydła. Szary, potężny gryf wylądował na murach otaczających zamek. Chwilę potem otworzona bramę, aby wpuścić posłańca na koniu.
- Co macie?- spytał jeden z żołnierzy.
Człowiek siedzący na koniu zsiadł ze zwierzęcia i powiedział:
- Odmówili. Nie przyjęli rozejmu, że już nie wspomnę o poddaniu się.
- A co u was, jak armia?
Mężczyzna zsiadł z gryfa, poklepał go i ukłonił się. Następnie podszedł do dowódcy. Jego mina zdradzała prawie wszystko.
- Armia liczy około trzydziestu tysięcy piechoty. Widziałem także, że ze wschodu coś się zbliża. Acha i zapomniałem dodać o skrzydle smoków.
- Ile zwierząt liczy to skrzydło?
- Nie jestem pewien, ale około pięć może siedem.
- Dziękuję, możecie odejść.- to powiedziawszy skinął na chłopca stojącego obok. Ten natychmiast pobiegł do królewskiej komnaty.
- To będzie największa bitwa w historii Nasilonu.- rzedł władca, ze smutkiem i powagą.- Przynieście mi moją zbroję i osiodłajcie konia.
Pierwszy żołnierze Korongrodu zaatakowali front zaraz po tym, jak posłaniec zdał raport.
Machiny wojenne, trebeusze i tarany niszczyły mury strzelając ognistymi kulami. Piekące pociski spalały wszystko na swojej drodze, w błyskawicznym tempie. Łucznicy Nasilonu zasypali pierwszą brygadę wrogów gradem strzał. To na chwilę powstrzymało nagle natarcie.
- Panie! Wezwij gryfy i smoki! Trzeba zniszczyć machiny. Niech magowie ich osłaniają.- dowódca starał się przekrzyczeć odgłosy walki.
Król skinął głową i kazał wezwać podniebne odziały. Rozległ się ryk, żołnierze obu stron przerwali na chwile walkę. Metaliczne smoki błyszczały w kroplach deszczu. A szare pierze gryfów wyglądało niczym srebrne. Nagle z przeciwnej strony rozległ się podobny ryk. Jednak zanim czarne smoki doleciały, machiny nie wystrzeliły ani pocisku. Rozgorzała walka w powietrzu. Dźwięk uderzających kling rywalizował z rykiem i dźwiękiem zderzających się pazurów.
Kiedy król zorientował się, że przegrywa walkę w powietrzu, wezwał jeszcze jednego smoka. Było to zwierzę-legenda.
Sephora
Tak panie?
Musisz wkroczyć, potrzebujemy cię...
Ogromny stwór wzbił się w powietrze, wywołując mocny wiatr. W mgnieniu oka dołączył się do bitwy, łapiąc zębami i kruczoczarnymi szponami wszystko, co wrogie. Pozostałe smoki wyglądały przy niej jak niepozorne maluchy. Sephora od razu poczuła ataki na swój umysł. Jednak jednym odepchnięciem magii, uwolniła się od natrętów, na zawsze. Śmierć kilku magów wzbudziła niepewności i strach w szeregach wroga.
Przez długi okres czasu, smoczyca walczyła i wygrywała. Jednak jej siły powoli opadały, a nie wydawało się, żeby smoków przeciwnika ubywało.
- Mówiłeś, że smoków jest siedem!- krzyczał dowódca.
- Bo tak mi się wydawało!
Zza chmur wyłoniła się ogromna, skrzydlata postać z jeźdźcem. Łuski bestii lśniły w słabych promieniach słońca, a szpony wyglądały jak kilku metrowe miecze.
Sephora
Imię smoczycy zagrzmiało w jej umyśle, jak grzmot na otwartej przestrzeni.
Harthed
Nie boisz się wymawiać tego imienia
Zachichotał złowieszczo czerwony smok.
A czego tu się bać?!
Pomimo tych słów smoczyca bała się i to bardzo. Harthed pokonał ją w wielu pojedynkach, poza tym miał większe doświadczenie w walce.
To nie twoja wojna. Odejdź stąd!
Mylisz się i nie będziesz mi rozkazywać!
Ryk czerwonej bestii był nie do zniesienia. Ręka jeźdźca podniosła się, Sephora zauważyła, że mamrocze kilka słów:
- A thyr... ëmelard*
Sephora zamknęła szafirowe oczy, umykało jej wszystko…
- Panie, smok!
Król obejrzał się. Smoczyca spadała i nagle… zniknęła.~
~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~
* w języku Alansoi tzn: "zmień się... w szmaragd"
Komentuj Powrót