Po tych słowach, wszystkie oczy skierowane zostały na March. Dziewczyna lekko się speszyła, ale powoli ruszywszy się z miejsca, zaczęła opisywać jeźdźców. Obozowicze wpatrzeni w nią jak w obrazek, nie mogli uwierzyć własnych uszom. Tylko Rose wydawała się tym faktem nieszczególnie przejmować.
- I te oczy…- kończyła March.- No, nie były normalne.- stwierdziła dobitnie.
Myśli Ester krążyły teraz tylko i wyłącznie wokół jednego wydarzenia, dawnej rozmowy z Rose. Tej rozmowy, podczas której kobieta powiedziała, prawie powiedziała, że sojusznikami Nasilonu są elfy… Chyba nadszedł czas, aby dokładniej o to spytać.
- Hym… Rose- zaczęła Ester niepewnie. Gdy wywołała osoba odwróciła głowę, dokończyła- Czy to mogły być el… elfy?- szybko dopowiedziała.
Źrenice zapytanej rozszerzyły się, a na twarzy pojawiły się czerwone wypieki. March i Mat osłupieli po usłyszeniu tych słów.
- Jak to elfy? Elfy występują tylko w baśniach!- krzyknął zdenerwowany Mat. Wszystko się poplątało, nie tak miała ta podróż wyglądać.- My jesteśmy w średniowieczu…- rzucił wolną myśl, nie zdając sobie z sprawy, że kilka dni temu, nie uwierzyłby takim słowom.
- No tak- przerwała mu spokojnie March. Subtelnym gestem próbowała uspokoić ukochanego.- Ale zapomniałeś już, jak się tu dostaliśmy? Jakimś portalem… W ogóle cała ta historia z przeniesieniem w czasie…
- I to, że jesteśmy na wpół wilkami, nie nazwałabym czymś normalnym- wtrąciła Ester.
Mat nie mógł zaprzeczyć. Wszystko, co usłyszał było prawdą. Więc elfy i inne stwory mogły istnieć. Tymczasem Rose wykorzystała nieuwagę towarzyszy i oddaliła się nieco. Już raz Ester spytała się o magiczną rasę, za drugim razem przecież się nie podda. Kobieta postanowiła trzeźwo podjeść do sprawy. Elfy pomogły jej nie raz, obiecała za to milczenie. Ale skoro jej kompani, mają pomóc Nasilonowi, to prędzej czy później dowiedzą się o ich istnieniu. Ale z drugiej strony z napływu strachu i emocji umysł March mógł spłatać jej figle. Tak, to było myślenie Rose, myślenie osoby twardo stąpającej po ziemi. Jednak z tego trzeźwego rozumowania, nie zawsze wynikały poprawne wnioski, a w konsekwencji podejmowane decyzje. I tym razem, najstarsza kobieta w grupie, postanowiła chronić elfy. Obiecała im to.
- Rose!- zza drzew dobiegł głos wołający jej imię.
- Idę!- odezwała się na znak, że usłyszała i nie namyślając się długo, skierowała się w stronę obozu. Jednak po kilku sekundach zwolniła kroku. Na nowo zaczęła rozważać cała sytuację. Przystanęła, a tysiące myśli przelatywały przez jej umysł, w końcu tworząc obrazki i całe wydarzenia. Jeżeli wyda elfy, to złamie daną im przysięgę i narazi je na niebezpieczeństwo ze strony niepowołanych ludzi.
Zaraz… Jakie niebezpieczeństwo, jakich ludzi?
- Rose jesteś w końcu- po tych słowach starsza kobieta wróciła na ziemię. Nawet nie wiedziała, kiedy zaczęła iść w stronę obozu.- Tak nagle zniknęłaś- głos znów się odezwał. Dla pewności, Rose podniosła wzrok. Tak, to była Ester. Położyła na niej swoje zmęczone dłonie i wpatrywała się w dziewczęce, śmiejące się oczy. Ester była specyficzną osobą, Rose właśnie z nią miała najlepszy kontakt. Jej niebieskie oczy wydawały się teraz być niekończącym się żywiołem. Twarz okryta aksamitną, dość suchą cerą, miała lekko miodowy odcień. Kruczoczarne włosy, niedbale związane w koński ogon, dodawały jej pewności siebie. Jednak dla najmłodszej uczestniczki wędrówki, wpatrzona Rose stała się powodem obawy. Dłonie kobiety wciąż oparte były o sprawne, dziewczęce ramiona. Ester nie bardzo wiedziała jak się zachować, ale z pomocą przyszedł Mat.
- Znów coś się zbliża- powiedział beznamiętnie, niespodziewanie bez strachu w głosie.
Na tą wiadomość Rose zdjęła dłonie z ramion Ester i poszła w głąb obozu z nadzieją, że w końcu zobaczy Rasta… I Aurorę oczywiście. Natomiast Ester stała jak zaczarowana. Kompletnie zdezorientowana, nie przyjęła słów do wiadomości. I nagle, jakby w odpowiedzi dla bezruchu, poczuła przejmujące ciepło. Fala powoli kotłowała się w podświadomości dziewczyny i stawała się nieznośnie gorąca. Napływ tego dziwnego uczucia, tak podziałał na delikatne ciało, że nie było ono w stanie utrzymać pionowej pozycji. Ester została zmuszona uklęknąć, a w końcu upaść. W pobliżu nie znajdował się nikt, kto mógłby jej pomóc, a ona sama nie miała siły, aby o nią poprosić. I wtedy, na domiar złego, znów poczuła zapach prochu, słyszała chrzęsty oręża i głosy, wołania i jęki. Serce waliło jej jak młot, a ciało zdawało się parować całą powierzchnią. Dziewczyna czuła że idzie, jednak nie poruszała ani nogami, ani rękami. Uczucie to, tak ją męczyło, że pragnęła stracić przytomność i nic już nie czuć. Jednak jej wewnętrzna siła i chęć walki, nie pozwalały jej na to, nie pozwalały jej się poddać. Tymczasem głosy powoli cichły, zlewały się z odgłosami lasu. Fala, która przyszła jako gorące uczucie, odpłynęła szybko niczym zimny podmuch wiatru. Blokada zniknęła i Ester bez większych problemów podniosła się jakby nigdy nic. Nie miała siły myśleć o tym, co się wydarzyło przed kilkoma sekundami. Powinna teraz szybko dołączyć do towarzyszy, żeby się nie martwili. Gdy wyszła zza drzew poznała siwą klacz i kasztanowatego ogiera. Na całe szczęście to byli ich przyjaciele, dotarli szczęśliwie i jak widać, bez większych problemów. Nie zastanawiając się, podbiegła do przybyłych, oczekując sprawozdania z wyprawy. W tym czasie Rast i Aurora zajęli się swoimi końmi, które pomimo dość krótkiej i mało wyczerpującej podróży, wydawały się zmęczone. Siwa klacz zarżała w odpowiedzi na ciche słowa właścicielki.
- Spokojnie Altea- aksamitny głos dotarł do wrażliwych uszu rumaka.- Już, zaraz ci to zdejmę- dodała po chwili z uśmiechem. Rast z zaciekawieniem obserwował zachowanie księżniczki. Kiedy ona mogła nauczyć się takiego postępowania z końmi? Wiedział, że kiedyś zdobędzie odpowiedź na to pytanie, jednak poczeka na odpowiedni czas.
- No jesteście wreszcie!- krzyknęła na powitanie Rose. Na te słowa Rast odwrócił się w stronę przemawiającej. Uśmiechnął się zawadiacko i odpowiedział:
- Jesteśmy, ale niewiele udało nam się dowiedzieć.- po tych słowach opisał całe zajście, pomijając jednak rozmowę z Aurorą. Nie wiedział, czy księżniczka życzy sobie, aby inni się dowiedzieli o przyczynach jej zamknięcia. Królewska córka najwyraźniej to zauważyła i na znak wdzięczności, kiwnęła milcząco głową.
- Czyli nadal nie wiemy, co nas obserwowało?- spytała zrezygnowana March. Słysząc nutę smutku w głosie swojej ukochanej, Mat przytulił ją mocno do siebie. Zdał sobie sprawę, że zaniechał, z niewiadomych nawet dla niego przyczyn, tych czułych gestów. Jednak wiedział, że to dla March bardzo ważne, więc teraz poczuł potrzebę wykonania tego gestu. Nie pomylił się, dziewczyna odwdzięczyła się delikatnym pocałunkiem w rozgrzany policzek. Ester, która dotarła do towarzyszy, uśmiechnęła się pod nosem. Lubiła cieszyć się szczęściem innych, często z tego względu, że ona sama nie miała zaszczytu cieszenia się nim dłużej, niż kilka razy w życiu.
- Wiemy, że ma skrzydła i najprawdopodobniej ma także jeźdźca. Jest zależne- to plus dla nas- powiedział Rast. Ostatnie słowa miały służyć jako pocieszenie dla kompanów, bo po zobaczeniu ich wyrazów twarzy, mężczyzna uznał, że otucha to coś, czego w tamtej chwili bardzo potrzebowali.
Po tych słowach słuchacze rozeszli się w milczeniu, każdy w inną stronę. Jednak wszyscy myśleli o tym samym, co powinni w takiej sytuacji zrobić. Rast czuł się szczególnie odpowiedzialny za grupę, dlatego uważał, ze do niego należy ostateczne podjęcie decyzji. Nie wykluczając księżniczki oczywiście. Starszy usiadł pod drzewem i urwał źdźbło trawy. Włożył je między usta i intensywnie poruszając kawałkiem zielska, myślał. Rose przyglądała mu się ukradkiem z nadzieją, że jej nie zauważy. Zastanawiało ją, co Rast ma zamiar zrobić. Brak odpowiedzi na to pytanie denerwował kobietę i zmusił do zajęcia się czymś innym. Mat i March, siedzieli przytuleni na skraju obozowiska.
Wydawali się na nic nie zwracać uwagi i cieszyć się swoją obecnością. Jednak ich słowa, krążyły wokół czegoś zupełnie innego.
- Kiedy się stąd ruszymy?- spytała znudzona March w nadziei, że Mat może rozmawiał z Rastem o tym.
- Nie wiem słońce- odpowiedział pieszczotliwie.
March puściła ręce chłopaka i odsunęła się od niego. Nie rozumiała dlaczego ich losy potoczyły się tak… dziwnie. Żyjąca w normalnej dla siebie rzeczywistości, pogubiła się całkiem w tym nowym świecie. Nigdy nie dawała tego po sobie poznać, zawsze wydawała się pewna siebie, silna psychicznie, czasem nawet egoistyczna. I Mat nie wiedział jak się w tym wszystkim połapać. Jednak zawsze miał oparcie w March, która według niego była niepokonana i „zawsze wiedząca co robić”. Jak się teraz jednak okazało, to tylko cienka skorupa pod którą March próbuje chować się przed okrutnym światem.
- Na pewno niedługo…- zaczął ostrożnie Mat, powoli przysuwając się do dziewczyny. Jednak widząc jej brak reakcji, zatrzymał się.- Ja wiem, że to naprawdę dziwne, to co się stało. Ale musimy się nauczyć żyć w tym nowym świecie. Nie wiemy, czy uda nam się kiedyś wrócić, nie będę cię oszukiwał…- kończył ponuro- Ale… mamy siebie, jesteśmy w gronie przyjaciół i za to powinniśmy być wdzięczni. Nie można się załamywać.- kończąc obszerną wypowiedź, już nie bał się jej przytulić. Jej zimne dłonie poczuły nagły przypływ ciepła, nie tylko dlatego, że poczuła jego znajome ręce. Ale poczuła ciepło wewnątrz siebie, bo pomimo mało optymistycznych słów, wiedziała, że przemawia do niej z miłości i poczucia odpowiedzialności.
- Dziękuję ci…- wyszeptała. Mat w odpowiedzi obdarował ją romantycznym pocałunkiem.
Komentuj Powrót